„W ciągu niespełna trzech miesięcy przemierzyłem pas głodu i śmierci - od Etiopii przez Czad, Niger, Górną Woltę, Mali do Senegalu” - informacja z obwoluty wydanej w 1977 roku książki zdaje się przeczyć powszechnym obecnie opiniom, że ostatnimi czasy śmierć i cudze nieszczęście jest najlepszym produktem mediów (w treści książki autorowi wymknęło się stwierdzenie, w którym utyskuje na deszcz, podczas gdy on przyjechał oglądać suszę). Widać stan ten trwa już od dłuższego czasu.
Wróćmy jednak do książki. „Ta przeklęta susza” traktuje o suszy, a jakże. Czytając ją trzeba jednak pamiętać, że ówczesny pogląd na ten temat pełen był gotowych rad „z zewnątrz”, wspartych wiarą w osiągnięcia techniki i w bezinteresowną pomoc krajów lepiej rozwiniętych. Źródeł kataklizmu i recept na przyszłość Budrewicz szuka więc tylko na zewnątrz, rozmawiając na ten temat głównie z białymi pracownikami organizacji humanitarnych lub wysoko postawionymi przedstawicielami władz lokalnych. Problem pokazany jest z perspektywy okna samochodu, powierzchownie. Nawet więcej, z samolotu - przez Afrykę, ze wschodu na zachód, z Addis Abeby do Dakaru, autor podróżuje głównie tym środkiem transportu. Nawet z Wagadugu do Bamako czy z Nawakszut do Dakaru Budrewicz przemieszcza się samolotem.
Podsumowując, solidne europejskie buty i szczypta tragedii to przepis, według którego powstała ta książka.
Podszedłem do tej książki sceptycznie. Przejście Afryki z południa na północ celem znalezienia się w Księdze Rekordów Guinness'a nie zapowiadało dużo więcej ponad sportowy wyczyn, kolejne wykorzystanie Afryki do osiągania swoich celów. Początek lektury zdawał się to potwierdzać. Okazało się, że autorka będzie szła przez kontynent w szortach i tenisówkach, wspierana przez jadący cały czas obok niej samochód (wynajęcie Land Rovera z dwoma kierowcami na rok kosztowało ją 25 tysięcy funtów). Im dalej jednak od pierwszej strony, tym bardziej miejsce wyczynu zajmowało doświadczenie Afryki i walka z przeciwnościami losu.
Ffyona Campbell wyruszyła z Kapsztadu w kwietniu 1991 roku. Kierując się na północ, poprzez Botswanę i Zambię wkroczyła do Konga, które właśnie ogarniał chaos związany z buntem żołnierzy Mobutu, co zmusiło ją do ewakuacji. Do Kisangani, gdzie poprzednio skończyła, wróciła po trzech miesiącach, by kontynuować przez Republikę Środkowoafrykańską i Afrykę Zachodnią do marokańskiego Tangieru. 16 088 km od punktu wyjścia. Przejście Afryki na piechotę, odliczając dwie przerwy na ewakuację, zajęło jej półtorej roku.
On Foot Through Africa nie jest dziennikiem podróży. Choć rozdziały opatrzone są datami jest to raczej zapis doświadczenia drogi. Drogi, za której przejście bardziej od pobicia rekordu należy się szacunek. Czapki z głów.