Po „Dzieje” Herodota sięgnąłem zaciekawiony „Podróżami z Herodotem” Kapuścińskiego. Spodziewałem się opisów podróży po starożytnym świecie, w tym po Afryce. Zapomniałem jednak, że za czasów Herodota, pół wieku przed Chrystusem, mapa Afryki była dużo mniejsza niż dzisiaj - było na niej tylko wybrzeże Morza Śródziemnego i kawałek interioru wyznaczony rzeką Nil. Dalej, jak sądzono, był już tylko ocean. Po lekturze, okazało się również, że nie jest to książka o podróżach, lecz o historii pierwszej wojny światowej czasów starożytnych, wojny Europy z Azją, wojny Hellady z Persją.
Afryka pojawia się więc epizodycznie. We fragmentach jej poświęconych, Herodot ratuje od zapomnienia przekazywaną ustnie tradycję, opisuje wierzenia i obyczaje zamieszkujących te ziemie ludów na długo przed tym, jak islam narzucił tu jednolite prawa. To, co zaciekawiło mnie jednak najbardziej, z Afryką związane jest tylko pośrednio. Są to opisy plemion zamieszkujących niegdyś Europę. Choć dzisiaj wydaje się to niewiarygodne, każdy zakątek, za każdą górą, rzeką czy zatoką zamieszkiwał odrębny lud. Każdy z nich rządził się swoimi prawami, wierzył w innych bogów, był zupełnie odmienny od ludu sąsiedniego. Trudno się oprzeć wrażeniu, że dawnymi czasy Europa pod względem etnograficznego kolorytem nie ustępowała Afryce (włącznie w uprawianym w niektórych europejskich plemionach kanibalizmem).
Polskich tłumaczeń „Dziejów” jest kilka. Recenzja dotyczy przekładu najnowszego, autorstwa Seweryna Hammera.
Podtytuł „Konflikt włosko-etiopski 1935-1936” wyjaśnia związek książki z Afryką. Kilka lat przed wybuchem drugiej wojny światowej faszystowskie Włochy realizowały ambicje kolonialne prowadząc ekspansję terytorialną z terenów dzisiejszej Erytrei i Somalii. Był to również czas pierwszych lat działalności Ligi Narodów, powstałej po zakończeniu I wojny światowej. Jej głównym celem było zapobieganie wybuchom konfliktów na podobną skalę. Kolektywne bezpieczeństwo gwarantował pakt, zgodnie z którym napad na którykolwiek kraj członkowski Ligi był jednoznaczny z wypowiedzeniem wojny pozostałym jej członkom. Etiopia była jednym z nich; włoska agresja w Abisynii miała być próbą sił wielkich mocarstw i sprawdzianem dla Ligi Narodów.
Bartnicki opisuje proces polityczny bezpośrednio przed, w trakcie i zaraz po włoskiej inwazji w Afryce. Jest to jednak głównie zapis dyplomatycznych zabiegów, przemówień europejskich przywódców i zakulisowych rozgrywek polityków. Etiopia, choć o jej los chodzi, pozostawiona jest na uboczu, o jej losie decydował kto inny. Było to zresztą bardzo bliskie prawdy.
Muzungu oznacza w języku ludów suahili „biały człowiek”. Każdy kto był w Afryce Wschodniej - Kenii, Ugandzie czy Tanzanii pamięta zapewne dobrze to słowo, wiele razy słyszane od spotkanych przypadkowo ludzi, zwłaszcza dzieci. Daniel Topolski, autor książki jest właśnie takim "białym człowiekiem".
Swoją przygodę rozpoczyna w latach 70-tych w Egipcie, skąd wzdłuż Nilu, przez Sudan Południowy i Tanzanię dociera do Wodospadów Wiktorii w Zambii. Jak sam pisze we wstępie: „w ciągu sześciu miesięcy podróży po Afryce zaledwie osiem czy dziewięć razy płaciłem za nocleg. Zazwyczaj spałem wtedy za barem, w najtańszych pokojach domów publicznych. Poza tym, chcąc nie chcąc, sypiałem na podłogach, matach, pod strzechą chat najbiedniejszych, a zarazem najbardziej szczodrych mieszkańców Afryki - ludzi ze wsi”. Nawet jeśli Topolski czasami nieco przesadza w koloryzowaniu przygód (co bywalec kilku opisywanych przez niego miejsc rozpozna od razu) można mu to wybaczyć, ponieważ relacja, którą nam pozostawił, jest wspaniałym opisem afrykańskich realiów i doświadczeń zebranych podczas drogi przed siebie w rytmie szumu sawanny i tropikalnego deszczu.
„Chwila przed zmierzchem” to książka, od której wszystko się zaczęło. Przedtem Afryka stanowiła dla mnie abstrakcyjny twór, miejsce, w którym nawet siebie nie wyobrażałem. Zbyt daleko, zbyt niebezpiecznie, poza realnym horyzontem.
Teraz, po przeszło dziesięciu latach przyszedł czas przeczytać ją raz jeszcze i skonfrontować z rzeczywistością. Kydryński opisuje podróż, którą wraz z Marcinem Mellerem i Olgą Stanisławską odbył w 1994 roku, wyruszając z Kairu na południe, na drugi kraniec Afryki - Przylądek Dobrej Nadziei w RPA. Spory kawałek tej trasy dane mi było zobaczyć na własne oczy i choć wiele lat nie upłynęło, Afryka w „Chwili przed zmierzchem” jest inna od tej, którą ja widziałem.
Kydryński rysuje obraz Afryki czarnymi barwami, prorokując rychłe wojny (Egipt ma być zalany fanatyzmem jak Algieria, wojna w Sudanie zaleje cały kraj, to samo w Etiopii i Erytrei a nieszczęśnicy, którym uda się przetrwać panafrykańską rzeź i tak umrą na AIDS). Spomiędzy stronic czyha śmierć (stąd też tytuł - „...nie ma jutra, śpieszcie się...”). I choć Afryka to nie reklama proszku do prania, w której wszystko się udaje a ludzie są tylko serdeczni, to naprawdę aż tak źle tam nie jest.
Mimo wszystko polecam. Choć autor nie może zdecydować się, czy naśladować Kapuścińskiego, czy po swojemu zdawać relację z podróży, to dobra książka.
„W ciągu niespełna trzech miesięcy przemierzyłem pas głodu i śmierci - od Etiopii przez Czad, Niger, Górną Woltę, Mali do Senegalu” - informacja z obwoluty wydanej w 1977 roku książki zdaje się przeczyć powszechnym obecnie opiniom, że ostatnimi czasy śmierć i cudze nieszczęście jest najlepszym produktem mediów (w treści książki autorowi wymknęło się stwierdzenie, w którym utyskuje na deszcz, podczas gdy on przyjechał oglądać suszę). Widać stan ten trwa już od dłuższego czasu.
Wróćmy jednak do książki. „Ta przeklęta susza” traktuje o suszy, a jakże. Czytając ją trzeba jednak pamiętać, że ówczesny pogląd na ten temat pełen był gotowych rad „z zewnątrz”, wspartych wiarą w osiągnięcia techniki i w bezinteresowną pomoc krajów lepiej rozwiniętych. Źródeł kataklizmu i recept na przyszłość Budrewicz szuka więc tylko na zewnątrz, rozmawiając na ten temat głównie z białymi pracownikami organizacji humanitarnych lub wysoko postawionymi przedstawicielami władz lokalnych. Problem pokazany jest z perspektywy okna samochodu, powierzchownie. Nawet więcej, z samolotu - przez Afrykę, ze wschodu na zachód, z Addis Abeby do Dakaru, autor podróżuje głównie tym środkiem transportu. Nawet z Wagadugu do Bamako czy z Nawakszut do Dakaru Budrewicz przemieszcza się samolotem.
Podsumowując, solidne europejskie buty i szczypta tragedii to przepis, według którego powstała ta książka.