Wyczyn Kazimierza Nowaka, jakim był być może pierwszy w historii przejazd rowerem Afryki (podróż rozpoczęła się w 1931, zakończyła w 1936 roku), tam i z powrotem, w dodatku bez grosza przy duszy, znamy z książki „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”. Wspomniana książka zawiera relacje, które Nowak wysyłał do gazet, by zdobyć środki na podróż. „Kochana Maryś!” jest również zbiorem listów z tej podróży, tym razem jest to jednak bezpośrednia, czasem bardzo osobista korespondencja z żoną - Marią Nowak.
Przyznaję, że jest to lektura przygnębiająca, taki też jest ton wysyłanych przez Nowaka listów. Autor ciągle cierpi biedę, zmaga się z żywiołami i przeklina swój los. W całej podróży (Tom I zawiera listy z Libii, Egiptu i Sudanu) są tylko nieliczne momenty, które przynoszą autorowi radość. W liście z Aleksandrii pisze: „Obrzydła mi do bezgranic dola tułacza!”. W tym kontekście cała idea tej podróży wydaje się nielogiczna, chyba, że w listach do żony Nowak umyślnie wciela się w rolę męczennika...
„Kochana Maryś!” jest zbiorem listów przytoczonych chronologicznie i w oryginale, z niewielkimi tylko poprawkami redakcyjnymi. Jest to forma sprzyjająca badaniom nad językiem i nad samą sylwetką Kazimierza Nowaka. Dla przeciętnego czytelnika może to jednak czynić lekturę uciążliwą. Przeszkadzają powtarzające się na początkach i końcach każdego z listów pozdrowienia i skrupulatne rozliczanie żony z wysłanej korespondencji. Przyznaję, że po pewnym czasie zacząłem te fragmenty po prostu omijać.
Pomimo kłopotliwej w odbiorze formie, ciekaw jestem, co przyniosą następne tomy „Listów z Afryki”. Mniej mnie interesują same przygody Nowaka, bardziej ich ton oraz spojrzenie wewnątrz siebie i sens całego przedsięwzięcia. Czy Nowak porzuci pozę męczennika? Czy przez pięć lat będzie męczył się okrutnie, jak do tej pory?
Być może jednak lepszym posunięciem wydawniczym byłoby zebranie całej wiedzy o Nowaku i skompilowaniu fabularyzowanej wersji „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”? Książki pozbawionej uchybień pisarskich autora, przeterminowanego języka sprzed stu lat i z mocną fabułą?
Ignacy Krasicki kojarzy nam się z autorem bajek z XVIII wieku. Tymczasem autor tej książki napisał ją pod koniec lat 70-tych ubiegłego stulecia. Ignacy Krasicki był korespondentem „Trybuny Ludu” (gazeta propagandowa PZPR wydawana w czasach Polski Ludowej), którego gazeta wysyłała między innymi do krajów Afryki Północnej.
Tytułowe burze to metafora przemian politycznych, jakie zachodziły na obszarze Sahary w XIX wieku. Książka jest wyraźnie zabarwiona retoryką partyjną czasów komunistycznych. Przeobrażenia polityczne pokazane przez pryzmat socjalizmu dopełniają prognozy planów dziesięcioletnich, dzięki którym Saharę przecinać będzie gęsta sieć dróg, pełno będzie nań wody a kombinaty będą kipieć działalnością produkcyjną.
Ignacy Krasicki poszedł w ślady swojego wielkiego przodka, po którym odziedziczył nazwisko i pisanie bajek. Bajki młodszego Krasickiego już się jednak przeterminowały.
Jan Żychski, inżynier budowlany, odwiedził Libię i Nigerię w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Książka zawiera wspomnienia z tego okresu. W pierwszej części, zatytułowanej „Wyprawa po złote runo”, autor opisuje przygody z delegacji do Libii, kulisy życia na budowie, w pracy i po godzinach. Druga część - „Historia jednego kontraktu” to podobny pamiętnik, tym razem z realizacji budowy w północnej Nigerii.
Książka nie rzuca na kolana przygodami ani ciekawą literaturą. Próby przybliżenia historii obu krajów też są gorzej niż przeciętne. Paradoksalnie, ocenę książki ratuje to, co początkowo uznałem za jedną z większych jej wad. Jan Żychski nie ogranicza tematyki książki do treści związanych bezpośrednio z egzotyką Afryki i pracą. Wykracza poza klasykę tego typu literatury prezentując czytelnikom liczne opisy łóżkowych partnerek (bez pikantnych szczegółów), eskapady na wakacje w Rio i na Hawaje. Dodatkowo dzieli się z czytelnikami dowcipami, które raczej trzeba włożyć do szuflady „kawały z brodą”.
W latach osiemdziesiątych był to szpan z jajem, teraz książka spodoba się zapewne tylko kolegom po fachu.
Chociaż Afryka nie jest w tej niewielkiej książce postacią pierwszoplanową, występuje jako tło ważnych wydarzeń historycznych. Podczas drugiej wojny światowej pustynna północ Libii i Egiptu była sceną walk wojsk faszystowskich z polskimi oddziałami, przechodzącymi tutaj po klęsce wrześniowej chrzest bojowy. Stanisław Ozimek, oprócz szczegółowego przebiegu samych walk opisuje proces formowania się Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich w Syrii i jej drogę do Tobruku.
Książka mniej zainteresuje fascynatów Afryki, bardziej zaś historyków i miłośników militariów.
Lata 60-te. Cena za baryłkę ropy naftowej nigdy wcześniej i nigdy później nie była tak niska. W roku 1960 powstaje OPEC (Organizacja Krajów Eksportujących Ropę Naftową), nacjonalizowane są pola naftowe, zakręcane kurki. Kraje Zatoki Perskiej (poza Półwyspem Arabskim, autor obszerniej opisuje tylko historię wydobycia ropy w Libii), których jedynym bogactwem do tej pory zdawał się być piasek, w przeciągu dekady pozbywają się etykiety krajów trzeciego świata.
„Złoto piasków” opowiada historię wydobycia tego cennego dzisiaj surowca. Autor na początku przedstawia bohatera - ropę naftową - historię jej odkryć, sposoby wydobycia i przetwarzania. Najwięcej miejsca poświęca zaangażowaniu obcych kapitałów oraz koncernów, ich intrygom, w których stawką są koncesje i olbrzymie zyski.
Książkę wydano w 1976 roku, nie dziwią więc nieco skrzywione duchem tamtych czasów poglądy. Wiele również od tamtej pory się zmieniło. Pomimo tego i nieco przydługiego, fragmentami sprawiającego wrażenie pisania na akord tekstu, książka potrafi zaciekawić.