We wrześniu 1961 roku Dag Hammarskjöld, Sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych, zginął w katastrofie lotniczej pod Ndolą w Rodezji Północnej (dzisiejsza Zambia). Tak brzmi oficjalna wersja wydarzeń, wokół której od początku mnożą się wątpliwości i spekulacje. Jak było naprawdę tego się nie dowiemy zanim nie zostaną odtajnione kluczowe dokumenty znajdujące się w posiadaniu stron zaangażowanych w konflikt w Kongo. Celem operacji sił pokojowych ONZ o kryptonimie Morthor było zakończenie secesji Katangi. Secesjoniści pod przywództwem Moise Tshombe, wraz z sojusznikami dążyli do utrzymania dotychczasowego porządku w tej części Afryki i zapobieżenia przejęcia bogatej w surowce (w tym niezbędne do produkcji broni jądrowej) prowincji przez Związek Radziecki. W zimnowojennej atmosferze gra o Kongo toczyła się głównie z udziałem Belgii, Wielkiej Brytanii, Francji, Stanów Zjednoczonych, zagranicznych korporacji wydobywczych i rzecz jasna Związku Radzieckiego.
Książka podzielona jest mniej więcej na dwie części - do połowy jest to historia Konga i Daga Hammarskjölda. Druga część poświęcona jest oficjalnym i domniemanym przyczynom katastrofy DC-6. Pierwszy raport z badań przyczyn wypadku ONZ opublikowała już w kwietniu następnego roku pozostawiając główne pytania bez odpowiedzi. Wszystkim kolejnym również brakowało waloru definitywności, mnożąc przy okazji ilość wersji wydarzeń. Operacja Morthor to przede wszystkim ciekawy wycinek historii Konga, jak również wciągająca lektura.
Około sto kilometrów na północny-zachód od Gomy, wieś Bikenke przy drodze R529 prowadzącej do Walikale. Styczeń, rok 1991, trzyletni Mondiant opuszcza dom, z całą rodziną uciekając przed zbliżającymi się masakrami. Nie wie jeszcze, że jest kongijskim Tutsi należącym do grupy Bagogwe. Nie wie, że jest to preludium do ludobójstwa.
W literaturze, ludobójstwo Tutsi doczekało się licznych opracowań. Nie ma chyba drugiego takiego konfliktu na kontynencie, o którym powstałoby tyle książek. Większość z nich pisana jest niejako z zewnątrz, przez nierodzimych autorów albo z zewnątrz człowieka, sprowadzonego do statystyki bohatera kilku akapitów, jednej opowieści z tysięcy.
Mondiant Dogon napisał książkę o sobie. Nie znajdziemy w niej analiz, teorii i osądów. Jest to historia jednego człowieka, uchodźcy, przedstawiona z najbliższej możliwej perspektywy. Jak w obiektywie makro aparatu fotograficznego widać zaledwie malutki wycinek, tak i w tej historii jest to bardzo wąskie ujęcie ale najbardziej ludzkie i bezpośrednie z możliwych. Bohater książki dostarcza nam bezpośrednie doświadczenie życia w ucieczce, permanentnej egzystencji w rwandyjskim obozie uchodźców.
Otwierając książkę z Kongiem w tytule sądziłem, że będzie to historia tego kraju, jakich wiele. Wszak Demokratyczne Republika Konga to kraj to o historii barwnej i wyjątkowej, którego dzieje pisać się powinno łatwo. Każdy pisarz, który miał z Kongiem w ten czy inny sposób do czynienia napisał pewnie o tym książkę. Tym razem jest to jednak opowieść wyjątkowa, wyróżniająca się lokalnym spojrzeniem. Autor wyszedł poza standardowe ramy powielania w coraz to atrakcyjniejszy sposób tych samych informacji, dodając doń konfrontację faktów historycznych z bezpośrednią relacją ich naocznych świadków.
Van Reybrouck zapytuje Kongijczyków, jak to po prostu było, przez co jest to również opowieść o Kongijczykach a nie tylko abstrakcyjnym tworze państwa o nazwie Kongo. Wśród rozmówców są między innymi i tacy, którzy pamiętają jeszcze czasy Wolnego Państwa Kongo i króla Leopolda. Jest to tym bardziej warte odnotowania biorąc pod uwagę, że książka została napisana w roku 2010 (Wolne Państwo Kongo istniało od roku 1885 do 1908). Spośród poruszanych tematów, ciekawe jest przedstawiona postać Patrice Lumumby, którego rozmówcy pokazują jako postać nie do końca akceptowaną przez lud, kontrowersyjną i nienadającą się na wodza. Nieco odmiennie od klasycznego kanonu historii położony jest też akcent na odpowiedzialność za jego zamordowanie. Ciekawa lektura uzupełniająca warta polecenia każdemu interesującemu się Afryką Środkową.
Kondotier to najemnik. Najemniczy los Rafała Gan-Ganowicza był poniekąd dziełem przypadku, ucieczki z komunistycznej Polski przed służbami bezpieczeństwa połączonej z chęcią czynienia szkody systemowi totalitarnemu. „Kondotierów” Gan-Ganowicz rozpoczyna od opisu desperackiej ucieczki do Berlina Zachodniego, gdzie w obozie dla uchodźców naucza się „nienawiści do czerwonego”. Wkrótce autor zaciąga się do rebelianckiej armii Moise Czombego - przywódcy Katangi, efemerycznego państwa na południu dzisiejszej Demokratycznej Republiki Konga. Czombe walczy z rządem centralnym Patrice Lumumby - pierwszego premiera niepodległego Konga - który o pomoc w walce o utrzymanie Katangi zwrócił się do ZSRR. Dla Gan-Ganowicza jest to wystarczający powód, by „bić czerwonego”. Jest rok 1965.
Książka zawiera żołnierskie wspomnienia z walk w Kongo, życia najemnej braci, barwnie opisane sylwetki towarzyszy broni, których autor uznał za wyjątkowych. W drugiej części książki akcja przenosi się na podobną arenę walk do Jemenu. Worek przygód, rozlanej krwi, egzotyki i powielanych stereotypów, z którego można zaczerpnąć nieco przyjemności podczas lektury. Książka to jednak smutna i niebezpieczna, zwłaszcza w czasach budzących się upiorów. Przekonuje jak łatwo odczłowieczyć człowieka, dać się zbałamucić i wylądować w tej samej kloace totalitaryzmu, z którą się walczy.
W „Godzinie rebeliantów” Lieve Joris splata losy głównego bohatera - Assaniego - z historią kongijskiej rebelii, która doprowadziła do obalenia Mobutu i zwycięstwa Kabili. Urodzony we wschodnim Zairze Assani przedstawiony jest przez autorkę, jako ofiara losu w dosłownym słów tego znaczeniu. Jego awans od chłopaka pasącego krowy do generała wynika z przypadku i poddania się przebiegowi wydarzeń. Jest to o tyle zaskakujące, że w wątku miłosnym Assani jest zimny jak ostrze meczety, wręcz trudno uznać, że to miłość właśnie. Być może był to umyślny zabieg autorki, mnie jednak tak narysowana postać nie przekonuje.
Historia rebelii i Assaniego odkrywana jest w rzadko spotykanej formie - rozdziały potasowane są chronologiczne - pierwszy rozgrywa się w 2003 roku, drugi w 1967, trzeci znowu w 2003, czwarty w 1979 i tak dalej. Trudno mi zrozumieć, dlaczego Lieve Joris zastosowała taki zabieg. Być może pomaga to w zdobyciu nagród literackich zgodnie z teorią, że jeśli wyraża się jakąś myśl w sposób niezrozumiały to trudniej jest do niej się odnieść, skrytykować. Moje zdanie jest jednak takie, że utrudnia to zdecydowanie lekturę. W dodatku, wbrew zachwytom recenzentów z tyłu okładki, autorka nie ma daru do przekazywania myśli. Nie znajduję również w tej książce wartości, jako źródła historycznego, rozjaśniającego „skomplikowany” układ sił w Demokratycznej Republice Konga oraz przebiegu rebelii.