Na południe od Maroko 2003

Informacje praktyczne

Wstęp
Pogoda
Język
Wizy
Pieniądze
Komunikacja
Zagrożenia
Hotele
Jedzenie i zakupy

Trasa

Nara
Bamako
Ségou
Mopti
Djenné
San
Kraj Dogonów
Koro
Timbuktu
Douentza
Hombori
Z Bandiagary do Burkina Faso

Wstęp

Mapa Informacje stanowią kompilację dwóch relacji: naszej, z września 2003 roku oraz Zbyszka i Eli, ze stycznia 2004. Dzień zaczyna się o 6:00, a kończy o 18:00.
Mali ma wiele do zaoferowania - jadąc z północy, kraj kusi niezłą kuchnią oraz osiągalnym w każdym miasteczku piwem. Mali kojarzy się przede wszystkim z Timbuktu oraz Krajem Dogonów. Niestety, obie atrakcje są poniekąd "pułapką turystyczną", gdzie przychylność miejscowych można sobie zaskarbić odpowiednim banknotem (jak na Afrykę, kraj ten odwiedza stosunkowo dużo turystów, zwłaszcza z Francji). Szczere kontakty z tubylcami są rzadkie i zdarzają się nieomal wyłącznie poza ubitym szlakiem, w przypadkowych miejscach.
System komunikacji publicznej Mali może również dać nieźle w kość - podróżowanie najtańszymi środkami lokomocji należy do najmniej wygodnych doświadczeń tego typu na całym kontynencie, choć przy rezolutnym planowaniu, impakt na tylną część ciała można ograniczyć do minimum.
Pomimo kilku minusów, Mali jest niezwykle fotogeniczne i zróżnicowane krajobrazowo a nienajlepsze wrażenia po trudnym dniu szybko przechodzą na drugi plan po wieczornej szklaneczce Castel'a.
Mali leży w tej samej strefie czasowej, co Mauretania (minus 2 godziny w stosunku do Polski).

Pogoda

Wrzesień to koniec pory deszczowej. Opady o tej porze roku nie są jednak uciążliwe, gdyż zdarzają się nieregularnie, co kilka dni i trwają najwyżej dwie godziny. Deszcze występują zwykle popołudniami, w postaci gwałtownych ulew lub burz, co czasami powoduje krótkotrwałe, lokalne powodzie.
Śpiąc pod gołym niebem, może nieco dokuczać zjawisko "zimnych nocy" - po północy temperatura spada bowiem, do około dwudziestu stopni. W połączeniu z wysoką wilgotnością i lekkim wiaterkiem, warunki te sprawiają, że o poranku ubrania są nieprzyjemnie wilgotne.

Język

Jako część byłej Francuskiej Afryki Zachodniej, Mali odziedziczyła język kolonistów, który pozostaje językiem urzędowym. Oprócz francuskiego oraz lokalnych dialektów, znajomość innych języków, zwłaszcza angielskiego, jest znikoma. Niezbędne jest więc opanowanie kilku podstawowych zwrotów i liczebników (warto zabrać mini rozmówki).
Większość władających angielskim Malijczyków, których spotkaliśmy, okazywała się być liczącymi na zarobek przewodnikami, nieznającymi na dodatek słowa "No".

Wizy

Posiadanie wizy przed wjazdem do Mali jest niezbędne, zdobycie jej na przejściach granicznych (w tym na lotnisku w Bamako), jest niemożliwe. Na "zielonej granicy" z Mauretanią nie ma jednak żadnych posterunków i dopiero na pierwszym punkcie kontrolnym za Nara dokonywana jest jakakolwiek kontrola.
Jadąc z południa wizę można załatwić albo w Rabacie (Maroko) albo w Nawakszut (Mauretania). W obu miejscach odbywa się to szybko, tanio i z minimum formalności. Opis procesu wizowego w Nawakszut znajduje się w części dotyczącej Mauretanii. Informacje z drugiej ręki na temat wiz w Rabacie zawarłem w części o Maroku. Jadąc z południa dobrym miejscem na wyrobienie wizy jest Wagadugu, informacje na ten temat znajdują się w części dotyczącej Burkina Faso.

Pieniądze

500 CFA Mali leży w zachodnioafrykańskiej strefie unii walutowej CFA (czyt. sefa). Ta sama waluta obowiązuje w Mali, Beninie, Burkina Faso, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Gwinei-Bissau, Nigrze, Senegalu i Togo. Oficjalnie CFA związane jest z Euro w relacji 100 CFA za 0.15 EUR. W praktyce kurs rzadko osiąga taką wartość i zależy od miejsca, oraz tego, czy wymiana dokonywana jest w banku, czy na czarnym rynku. Dolar amerykański jest trudny do zbycia (nawet w bankach), a kurs wymiany balansuje na granicy rozsądku.
Na czarnym rynku, za 1 EUR dostawaliśmy od 590 CFA, w banku zaś 650 CFA. Za dolara amerykańskiego, w banku otrzymywaliśmy 600 CFA.
Z Bankomatów można skorzystać jedynie w Bamako, choć miejscowi zarzekali się, że już za miesiąc będą instalowane kolejne, w Ségou, Mopti i innych większych miastach. Banki otwierają o 8:00.

Komunikacja

Lokalne drogi pokonuje szeroka gama pojazdów. Znalezienie transportu nie stanowi problemu, niektóre odcinki, zwykle nieutwardzone, pokonują jednak wyłącznie określone typy pojazdów, które oprócz oferowania przejazdu wymagają sporej wytrzymałości fizycznej i psychicznej.

Zagrożenia

Poważne niebezpieczeństwa nie występują. Najgroźniej wydaje się wyglądać sytuacja na północnym-wschodzie, gdzie rzekomo ukrywała się grupa odpowiedzialna za porwania turystów w Algierii, w 2003 roku. Tereny te (Adrar Des Iforhas) są jednak wyizolowane i oprócz przemytników prawie nikt tam nie zagląda. Prawdziwym utrapieniem na co dzień, są czyhający na gare routiere i w okolicach często nawiedzanych przez turystów, natrętni przewodnicy - gotowi podążać za ofiarą przez pół miasta, w nadziei na parę groszy. Czasem trudno jest odróżnić szczerą, ludzką chęć pomocy od oportunistycznej chytrości.
Mali częściowo leży w strefie malarycznej, wolne od tego zagrożenia są niedostępne tereny pustyni, wysunięte najdalej na północ. Wzdłuż Nigru komary dają się mocno we znaki. Więcej o tej chorobie oraz sposobach ochrony można znaleźć w dziale Malaria.

Hotele

Standard najtańszych miejscowych hoteli jest niski, miejsca te są zaniedbane i często stanowią aneks przyległego burdelu. Standardowym wyposażeniem jest wentylator. W niektórych miastach, np. Ségou, nie ma w ogóle tanich miejsc noclegowych, w takich przypadkach pozostaje liczyć na gościnność miejscowych.

Jedzenie i zakupy

Flag Speciale Większość niezbędnych rzeczy, w tym wodę, można kupić na trasie, nie wychodząc nawet z autobusu. Większe posiłki z łatwością nabywa się u kobiet na ulicy - zwykle są to półmiski ryżu, ziemniaków lub makaronu polane gęstym sosem, ewentualnie z mięsną wkładką. Na śniadanie polecam przydrożne budki, specjalizujące się w omletach - "menu śniadaniowe" oferowane jest tylko do południa. Z ciekawostek polecam mrożony, cierpki napój imbirowy - mały woreczek żółtawego napoju kosztuje tylko 25, większy 50 CFA.
Z browarów do wyboru jest Castel, Flag (oba w butelkach poj. 0.60l) oraz mały Guiness. Flag (moim zdaniem lepszy od Castel'a), pomimo wszędobylskich reklam dostępny zdaje się być tylko w Bamako.

Nara

Małe, sympatyczne miasteczko z szerokimi, piaszczystymi ulicami, zanurzonymi w cieniu zielonych drzew. Centrum Nara wyznacza zakurzony, kwadratowy plac, z którego odjeżdża armada minibusów na południe. W bezpośrednim sąsiedztwie znajdują się wszystkie interesujące turystę miejsca.
Pieniądze można wymienić w sklepikach na bazarze. Po krótkim targowaniu, za jedno Euro otrzymałem 590 CFA.
Przy wyjeździe z miasta, na czekpoincie otrzymuje się pieczątkę wjazdową do Mali - po opuszczeniu Timbedgha w Mauretanii, jest to pierwszy punkt kontrolny.

Bamako

Do stolicy Mali przyjechaliśmy po zmroku, minibus z Nara zatrzymał się w okolicach Assemblé Nationale. Od razu przykleił się nachalny przewodnik, od którego uciekliśmy taksówką. Przejazd do hotelu (około 1.5 km) kosztował 1.000 CFA.
Bamako to duża afrykańska stolica z typowymi problemami - kurz, szare od spalin powietrze i cwaniactwo. Poważne problemy związane z bezpieczeństwem osobistym jednak nie występują.
Godny polecenia jest bazar w okolicach Grande Mosquée. Stoiska z fetyszami są interesujące, ale o wiele lepiej prezentują się podobne bazary w Togo i Beninie. To, co czyni bazar wyjątkowym to kolorowa mieszanka miejscowej ludności na tle charakterystycznej architektury meczetu. Wyjęcie aparatu wywołuje niestety żądania zapłaty.
Ciekawy jest również spacer nabrzeżem Nigru, gdzie z zardzewiałych zamrażarek sprzedawane są ryby. Obok wznosi się wysoki gmach - siedziba zachodnio-afrykańskiej unii monetarnej CFA. Panoramę Bamako zapewniają wzgórza za ogrodem botanicznym, na północy miasta. Wrócić można ścieżką, prowadzącą w dół na Marché de Medina.
W centrum, w okolicy banku BMCD, pieniądze można wymienić szybko i bez kłopotu w zaułkach oznaczonych "Change Money". Dwie kafejki internetowe, otwarte przez cały dzień, mieszczą się przy placu OMVS. Godzina połączenia kosztuje 750 CFA. Inne kafejki otwierane są dopiero od 17:00.

Ségou

NigerSpokojne miasteczko nad Nigrem, znane między innymi z powieści Mrayse Conde o takim samym tytule. Ségou dzisiaj, to spory punkt przeładunkowy ciężarówek z Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej.
Po godzinach urzędowania banków, pieniądze można wymienić dyskretnie w restauracji Soliel de Minuit - kurs jest zbliżony do bankowego, 625 CFA za 1 EUR.

Mopti

Mopti SouvenirsTurystyczna stolica Mali. Mopti jest wygodnym punktem startowym do największych atrakcji kraju - Timbuktu, Djenné i Kraju Dogonów. Z powodu położenia na skrzyżowaniu szlaków, wraz z turystami przyjeżdża tu masa przewodników - ich natarczywa obecność może zepsuć nieco spędzony tutaj czas.
Na "atak" przewodników narażeni są przede wszystkim turyści przyjeżdżający autobusami rejsowymi z Bamako. Jadąc ze wschodu lub południa są szanse, że nie spotkamy ich wcale. Opędzać się od natrętów nie warto, i tak nie ustąpią. Liczą głównie na zlecenie na Kraj Dogonów - by zachęcić potencjalnego klienta do transakcji pomogą w znalezieniu hotelu, sklepu, opowiedzą trochę o mieście itp. Najwytrwalsi potrafią czuwać pod drzwiami hotelu, by móc nękać turystę przy każdej okazji.
Mopti jest atrakcyjnie położone nad brzegiem Nigru, pośród mokradeł, przez które wiedzie groblą droga z Sévaré (na głównym szlaku z Bamako do Gao). Oprócz rzeki, wartym uwagi jest Wielki Meczet - dobrze prezentuje się zwłaszcza z placu taksówek i pikapów przy drodze do Sévaré. Niewiernym wstęp wzbroniony.
W centrum miasteczka jest kilka kafejek internetowych oraz parę banków. Wymiana pieniędzy jest jednak kłopotliwa - zarówno bank BIM jak i BDM nie chciały wymienić ani Euro ani Dolarów. Oprócz nielegalnej wymiany po mizernym kursie w sklepikach, jedyną alternatywą jest Banque Centrale, tuż za placem taksówek na drodze do Sévaré. Bank akceptuje tylko Euro (656 CFA za 1 EUR, minus 665 CFA prowizji za transakcję) a skomplikowana procedura wymiany trwa prawie godzinę.

Djenné

Meczet w DjenneCiekawe małe miasteczko położone na wysepce, pośród rozlewisk rzeki Bani. Cztery kilometry przed Djenné jest przeprawa promowa. Wcześniej, na skrzyżowaniu przy drodze z Bamako, jegomość z biletami w ręku pobiera opłatę turystyczna w wysokości 1.000 CFA. Jeden z pasażerów bush taxi przekonywał nas, że przed wjazdem należy uiścić kolejną opłatę (5.000 CFA), a on jest w stanie załatwić przejazd za połowę tej kwoty. Oczywiście jest to wierutna bzdura i próba oszustwa. Po dojeździe na miejsce, nikt już nas nie zaczepiał i spokojnie mogliśmy krążyć po bazarze.
Djenné słynie z kolorowych jarmarków, które odbywają się w każdy poniedziałek. Na plac ściągają wtedy mieszkańcy okolicznych wiosek oraz kupcy z dalszych stron, handlując płodami rolnymi i rzemiosłem. Każda kupka, czy to pomidorów, ogórków czy cebulek kosztuje 100 CFA. Wszystko odbywa się na tle glinianego Wielkiego Meczetu, który jest rzekomo największą konstrukcją tego typu na świecie. Wejście do środka dla niewiernych jest zabronione. Kiermasz jest niezwykle fotogeniczny a z robieniem zdjęć nie ma problemu.
W okolicy, po drugiej stronie rzeki są w miarę ciekawe wsie, do których można dopłynąć łodzią (z nas zdarli po 100 CFA za dwie osoby, ale sadze, że nie należy dawać więcej niż 25 CFA od osoby). Wrócić można naokoło przez most położony jakieś 1.5 km na zachód.
Zaskakująco, w paru glinianych chatkach Djenné funkcjonują kafejki internetowe.

San

(autor relacji: Zbyszek Jancewicz). W miasteczku w poniedziałki (nie wiemy czy jest coś w inne dni) jest ogromny targ, gdzie zjeżdża duża ilość ludzi (spotkaliśmy nawet sprzedawców z Ghany). Wyłączone z ruchu jest wtedy całe centrum miasta a kilka ulic wewnątrz wypełniają sprzedawcy najróżniejszych towarów. Targ ten rozmachem i wielkością przewyższa nawet Djenné.

Kraj Dogonów

DjiguibomboOkoło 60 km na południowy-zachód od Mopti, płaski krajobraz Sahelu przecina Uskok Bandiagary. To skaliste urwisko, wraz z licznymi wodospadami (aktywnymi w głównej mierze w porze deszczowej) oraz wyraźnie odrębną kulturą zamieszkujących te tereny Dogonów, stanowi niewątpliwie jedną z większych atrakcji Mali.
Niestety, tak jak w wielu innych miejscach masowo odwiedzanych przez turystów, gościnność miejscowych zaczyna się i kończy w okolicach naszego portfela. Dopóki więc wydajemy pieniądze na przewodników i płacimy za wstępy do wiosek wszystko wygląda pięknie, w przeciwnym razie uśmiechy z wielu twarzy znikną a niektóre drzwi będą przed nami zamknięte.
Przed wjazdem do Kraju Dogonów, miejscowi przewodnicy uprawiają propagandę dezinformacji, twierdząc, że samodzielny trekking jest niemożliwy, nielegalny i ryzykowny. Wszystkie te informacje są nieprawdziwe a podawane przykłady zmyślone. Droga przez wioski u podnóża uskoku jest prosta i trudna do zgubienia, w razie potrzeby za niewielką opłatą (300 - 500 CFA) można skorzystać z pomocy miejscowych chłopców. Nie jest również niezbędne posiadanie orzeszków Kola (więcej...), które rozdaje się szefom wiosek w zamian za prawo wizyty (każdorazowo 2-3 sztuki) - równie dobrze można płacić pieniędzmi. Ponadto, orzeszki Kola sprzedawane są turystom za dwa lub więcej razy większą cenę niż miejscowym (aktualnie, rzeczywista ich wartość to 3.000 CFA za kilogram).
Ceny za przewodnika są zróżnicowane, naszego znaleźliśmy w taksówce z Bandiagary do Djiguibombo (niestabilny stan żołądka skłonił nas do porzucenia pomysłu samodzielnego trekkingu). Za trzy noce w Kraju Dogonów zapłaciliśmy po 30.000 CFA (połowa płatna z góry, reszta ostatniego dnia), cena obejmowała transport z i do Bandiagary oraz wszystkie noclegi i posiłki. Za piwo i wodę płaci się dodatkowo 1.000 CFA za butelkę. Woda ze studni (dobra tam, gdzie są pompy) jest za darmo. Tempo marszu z przewodnikiem jest małe - miejscowi odmawiają bowiem marszu w godzinach południowych - idąc samemu można pokonywać dwa razy większe odległości. Trzy dni wydają się być wystarczające na Kraj Dogonów, po tym czasie kolejna odwiedzana wioska staje się niemal identyczna do poprzedniej.
Wszystkie odległości, której podaje Lonely Planet są zaniżone, a skala rozmieszczenia wsi na mapce jest nieadekwatna do rzeczywistości.

Koro

(autor relacji: Zbyszek Jancewicz). Jadąc z Burkiny, dalszy transport zazwyczaj czeka na dotarcie autobusu Sogebaf. My mieliśmy 4 godziny opóźnienia ze względu na częste awarie pojazdu, ale dalszy transport i tak czekał.
Minibus jedzie z Koro do Mopti przez Bankass, Kani-Kombolé, Djiguibombo i Bandiagarę. Koszt do Mopti: 3.000 CFA + 500 CFA za bagaż.

Timbuktu

(autor relacji: Zbyszek Jancewicz). Za wstęp do miasta płaci się 5.000 CFA od osoby, my nie płaciliśmy, bo wjeżdżaliśmy do Timbuktu po północy. Ogólnie miasteczko trochę rozczarowuje, jednak stara część miasta i otaczające je namioty nomadów warte są obejrzenia. W zabytkach Timbuktu nie byliśmy, bo nie płaciliśmy za wstęp do miasta. Naciągacze i przewodnicy są niezbyt nachalni w porównaniu z Mopti, ale czasami niektórzy plączą się dosyć długo za turystą.
Ciekawa jest natomiast sama droga do Timbuktu, szczególnie w okolicy Douentza i przy przeprawie promowej w Korioumé. Mapa

Douentza

(autor relacji: Zbyszek Jancewicz). Nie warto kupować niczego ani zasięgać jakichkolwiek informacji przy głównej szosie Mopti - Gao, gdyż działa tam największa grupa naciągaczy w połączeniu z "mafią transportową". Taniej jest na południe od szosy, w okolicy bazaru (swoją drogą, bazar ten był jednym z ciekawszych jakie widzieliśmy w Mali - niedzielny Mały Targ).

Hombori

(autor relacji: Zbyszek Jancewicz). Najciekawsza formacja skalna, Hand of Fatima, leży kilkanaście kilometrów na zachód od Hombori w kierunku na Douentze, tuż przy szosie. Inne formacje skalne są dosyć ciekawe ale niepowalające. Po okolicy można poruszać się swobodnie bez przewodnika, do większości miejsc bez problemu można dotrzeć na przełaj najbliższą droga, idąc na azymut.
Interesująca jest stara cześć Hombori, leżąca na wzgórku powyżej miasta (z dołu widać tylko kilka budynków, ale faktycznie jest to spora plątanina całkiem ciekawych uliczek i budynków z kamienia i cegieł mułowych).

Z Bandiagary do Burkina Faso

. Z zakurzonego gare routiere w Bandiagarze nie odjeżdża wiele autobusów dalekobieżnych, najlepiej jest dojechać do Sevaré i stamtąd łapać dalszy transport. Skuszeni możliwością bezpośredniego i wygodnego (zajęliśmy miejsca z przodu) transportu do Sikasso zdecydowaliśmy się na zakup biletów Air Bandiagara (7.500 plus 1.000 CFA za plecak). Miał być duży autobus (na samolot nie liczyliśmy) a przyjechał mały Mercedes 307, odjazd miał nastąpić o 15, a nastąpił dwie godziny później, miał być bezpośredni a zakończył bieg w Sevaré, gdzie musieliśmy się przesiąść do jeszcze mniejszego auta (tracąc przy tym dobre miejsca). W Sikasso byliśmy po dziesięciu i pół godzinach od wyjazdu z Bandiagary.
Przyjechaliśmy po północy, od razu kupując bilety dalej, do Bobo-Dioulasso (4.000 CFA) w Burkina Faso. Resztę nocy spędziliśmy śpiąc w zaparkowanym autobusie. Z Sikasso wyjechaliśmy o 11 rano. Procedury graniczne nie są uciążliwe, tylko malijski urzędnik pobrał od nas nielegalnie po 1.000 CFA. Przekroczenie granicy zajęło nam jednak ponad godzinę (więcej...), w Bobo byliśmy o 16.
Mauretania
Burkina Faso
© Janusz Tichoniuk 2001-2024