Zachodnie Wybrzeże 2005

Notatnik

Senegal: Alitalia, Hassan i rakieta tenisowa Campement le Poulagou Dindefelo Casamance Libre Gambia: Droga nr 1 Gdzie są talerze? Gwinea Bissau: Pokój na godziny Caracas-Bissau-Odessa Gwinea: Sklep Wielki Meczet Sierra Leone: Z notatnika Gorączka złota Liberia: Ostatni czekpoint Congos, Americos i Liberia Ghana: Hey Mister!

Senegal

Alitalia, Hassan i rakieta tenisowa

Samolot Alitalii, którym leciałem z Mediolanu miał wylądować w Dakarze po pierwszej w nocy. Nie wiem dlaczego, prawdopodobnie ze względu na lepsze warunki do lotu w niższych temperaturach, niemal zawsze, gdy lecę do Afryki, odbywa się to w nocy. Lądując o takiej porze człowiek nie wie, czy jechać od razu do miasta (taksówki są wtedy droższe a drzwi hotelu można zastać zamknięte), czy czekać do rana. Najczęściej, podobnie jak tym razem, druga nieprzespana noc z rzędu. Pomimo wszystko, wolę w takich przypadkach spędzic noc w łóżku niż na lotnisku, by pierwszy dzień kolejnego pobytu w Afryce zacząć z wysokim poziomem energii.

Do Hassana zadzwoniłem z Mediolanu. Hassan pracuje w Campement le Poulagou - tanim hoteliku nieopodal lotniska w Dakarze. Po salam alejkum i zapytaniu o zdrowie, łamaną angielszczyzną umówiliśmy się, że będzie na mnie czekał na lotnisku. Znakiem rozpoznawczym miała być... uniesiona do góry rakieta tenisowa z przyczepioną kartką z napisem „Janusz”.

Start samolotu opóźniał się. Trójkę Hindusów, których nazwiska co kilka minut wyczytywano przez głośniki zawieruszyło się gdzieś. W końcu trzeba było wygrzebać z załadowanego już Airbusa ich bagaże i pozostawić wraz z nimi. Kolejne opóźnienie spowodował chory pasażer. Dziesięć kilometrów nad Morzem Śródziemnym, w jednym z przednich rzędów coś zaczęło się dziać. Pomimo uśmiechów na twarzach obsługi pokładowej, kapitan ogłosił lądowanie awaryjne w hiszpańskiej Maladze. Chorego zabrała karetka, po czym znowu wzbiliśmy się w powietrze.

Była już noc. Za oknem przesuwały się światełka Maroka, wybrzeża Atlantyku, daleko na zachodzie widać nawet było Wyspy Kanaryjskie. W Dakarze wylądowaliśmy po piątej rano. Próżno szukałem Hassana. Widzę go jednak oczami wyobraźni, jak stoi przy wyjściu z lotniska wśród gromady innych oczekujących i taksówkarzy a nad nim, sterczy uniesiona jakby do odbioru piłki, tenisowa rakieta.

Campement le Poulagou

Była już szósta rano, gdy zgasiłem światło w pokoju licząc na kilka godzin snu. Nie wiem ile czasu upłynęło, do momentu, gdy obudził mnie okrutny hałas. Zerwałem się z łóżka sądząc (przestraszony na serio), że oto nadszedł mój kres i zaraz zginę w jakimś kataklizmie lub katastrofie. Hałas, od którego trzęsły się ściany, szybko jednak przeminął, odleciał. Pojąłem, o co chodzi. Hotel znajdował się dokładnie na linii pasa startowego lotniska, kilkaset metrów od jego krańca. Widniało już i ponownie nie udało mi się zasnąć. Lotnisko budziło się do życia, po kilku kolejnych startach zrezygnowałem z dalszego snu.

Po całym dniu przestraszyć mnie już mogły tylko stare odrzutowe maszyny, których hałas wykluczał je z lotnisk europejskich. Zacząłem je rozpoznawać - charakterystyczny terkot Airbusa, głośna praca silników Boeinga 737 serii 200, grzmiący huk czterosilnikowych, wojskowych maszyn.
Wieczorem, gdy lotnisko jeszcze żyło, siedziałem z kolegą Hassana pod rozgwieżdżonym niebem na dachu hotelu. Rozmawialiśmy o życiu. Właściwie to siedzieliśmy w milczeniu, od czasu do czasu tylko wymieniając parę zdań. Znad oceanu zaczęło się zbliżać migające światełko. Kolejny, może ostatni już dziś samolot. Gdy był bliżej kolega Hassana oświadczył:

- To Iberia.

- Zawsze przylatuje o tej godzinie? - zapytałem.

- Nie, tylko Iberia tak „świszczy”.

Dindefelo

Miałem wyruszyć skoro świt, o szóstej rano. Jak to jednak w Afryce bywa, czas jest tu względny i człowiek, który miał o tej porze stawić się z rowerem dla mnie przybył dopiero o dziewiątej. Słońce zdążyło już wzbić się trochę ponad horyzont, bezchmurne niebo zapowiadało kolejny gorący dzień. Do bagażnika przytroczyłem sznurkiem litr wody i torbę z aparatem fotograficznym. Do Dindefelo, dokąd ciągnęło mnie ze względu na rzekomo piękny wodospad tamże, miałem około czterdziestu kilometrów. Wiedziałem, że na drodze, którą będę jechał, samochód jest rzadkim widokiem, liczyłem jednak na jakiegoś pikapa, który zabierze mnie do celu. Rower miał być planem awaryjnym, na wypadek gdyby nic nie jechało w moją stronę.

Chaty w DindefeloPierwsze kilometry za Kedougou przejechałem dość szybko. Na początku pomyliłem wyjazd z miasta, ale po konsultacjach z miejscowymi wróciłem na szlak. Do zjazdu w dużo gorszą drogę do Dindefelo wyprzedził mnie tylko jeden samochód. Zatrzymałem go, lecz jak się okazało, do Dindefelo nie jechał. Jeśli nie ten, to inny, pomyślałem. Gdy zjechałem w boczną drogę taki pewny już nie byłem.

Daleko od szosy? Nie. Daleko od żwirówki! Drogą zresztą nie jechałem, gdyż głębokie na metr koleiny i grząski piasek miejscami były dla roweru nie do pokonania. Obok wiła się jak wąż ścieżka, raz bliżej raz zupełnie daleko od głównego traktu. Ciągle nie widziałem żywej duszy a wody zostało już niewiele. Obliczyłem, że powinno jej wystarczyć, gdy co kwadrans będę wypijał tylko małego łyka. Tak też się stało, z pustą butelką dojechałem do wioski.

Jadąc za wskazówkami miejscowych pojechałem na drugi koniec wsi, gdzie rzekomo miał się znajdować kemping. Znalazłem go niejako przypadkiem, gdyż od innych chat w okolicy wyróżniał się tylko tym, że na pniu drzewa, pod którym ktoś ustawił sklecony z gałęzi fotel, była przybita kartka z cennikiem. Drzewo było olbrzymie, z bujną czupryną gęstych liści dających doskonały cień. Zdjąwszy mokrą od potu koszulkę usiadłem na fotelu łapiąc nieśmiałe powiewy południowego wiatru. Tutaj chciałem przechować rower przez dalszą wędrówką, tym razem pieszą, w kierunku wodospadu. Tylko, że tutaj nikogo nie było. Żywej duszy.

W cieniu drzewa przesiedziałem bitą godzinę. W tym czasie przez środek obejścia przeszła majestatycznie krowa oraz obłąkany mieszkaniec wioski. Próbowałem cofnąć się między chaty by zasięgnąć języka, ale nikt nic nie wiedział. To znaczy wiedziano, że kemping istnieje, nie wiedziano natomiast, kogo szukam. Być może był to kemping samoobsługowy? Domniemając tego ostatniego, ukryłem rower w jednej z pustych chat po czym udałem się w busz szukać wodospadu. Tuż na początku ścieżki spotkałem pracujących w polu wieśniaków. Machając rękoma z meczetami wskazali mi drogę, wiedziałem skądinąd, że do wodospadu mam dwa kilometry.

Ścieżka wbiła się głęboko w busz. Kilka dni wcześniej ktoś musiał go wypalać, gdyż z dużych jego połaci sterczały tylko kikuty grubszych zarośli, czarny popiół zalegał ziemię, w tym ścieżkę. Wkrótce od pasa w dół wyglądałem jak tubylec. Gdy busz ustąpił niezbyt wysokim chaszczom, co jakiś czas przystawałem nasłuchując szumu, sądząc że jeśli w pobliżu jest wodospad, powinienem go usłyszeć. Słyszałem tylko bzyczenie owadów, których jeden gatunek upatrzył sobie mnie jako ofiarę, tnąc od czasu do czasu jak polskie gzy. Po ponad półgodzinie bezowocnych poszukiwań, gdy zabrnąłem już w gęste krzaki, uznałem że jednak nie jest to właściwa ścieżka. Z obdartymi do krwi kostkami (sandały nie są najlepszym obuwiem do chodzenia po buszu) zawróciłem na pięcie, przypominając sobie inną ścieżkę, która odbijała od mojej w bok kwadrans wcześniej. Gdy doń doszedłem, po kolejnych piętnastu minutach okazało się jednak, że to też jest ślepa uliczka.

Ścieżka skończyła się w gęstym lesie, zawróciłem póki jeszcze orientowałem się skąd przyszedłem. Gdy tylko się odwróciłem, zamurowało mnie. Stanąłem bez ruchu nie wiedząc co robić. W poprzek ścieżki, którą jeszcze niecałą minutę temu szedłem, leżało cielsko węża. Nie znam się na gadach, gruby jak ręka wąż odpoczywał nieruchomo dwa metry ode mnie, zarówno głowa jak i końcówka ogona (niektórzy powiadają, że wąż ma wyłącznie ogon) ukryte były po obu stronach ścieżki pomiędzy patykami i roślinnością poszycia suchego lasu. Nieruchomy ciałem, uruchomiłem rozum rozmyślając jak wybrnąć z tej sytuacji - była to jedyna droga odwrotu, dookoła gęste krzaki. Wąż tymczasem sam się wycofał, otwierając bezpieczne przejście. Dalej szedłem już ostrożnie, czujnie spoglądając na co stąpam. A wodospad? Cóż, nie widziałem go. Ponoć miejscowi przewodnicy wiedzą gdzie to jest i za banknot lub dwa zaprowadzą na miejsce.

Casamance Libre

Kiedy pod koniec XIX wieku Francja podpisywała traktaty, na mocy których objęła pod swoją protekcję Republikę Fouladou i Republikę Fogny, rachityczne państewka nad rzeką Casamance, nie przypuszczała, że zamieszkujący je lud okaże się na tyle świadomy narodowo, by mieć własne dążenia niepodległościowe. 18 stycznia 1894 roku, kraje te, zostały włączone w obręb francuskiego Senegalu, w rok później włączonego z kolei do Francuskiej Afryki Zachodniej.

Niecałe dwadzieścia lat potem, wizytującemu Ziguinchor Williamowi Ponty, wyszły naprzeciw tłumy mieszkańców miasta domagając się niepodległości. Moment ten można uznać za przebudzenie, tego dnia, 20 marca 1914 roku, zaczął tykać zegar, odmierzający czas walki Casamance o niepodległość.

Mapa Casamance i SenegalPas ziem, do których Casamance rości sobie prawa, ograniczony od zachodu Oceanem Atlantyckim, leży pomiędzy Gambią a Gwineą Bissau. Na wschodzie granica nie jest już taka czytelna - choć większość źródeł wytycza ją wraz ze wschodnim krańcem Gambii, niektórzy Casamańczycy uważają, że ich kraj sięga aż do granic Mali. Są to obszary zielone, żyzne, w ponad połowie pokryte tropikalnym lasem. Kraj ten, o powierzchni zbliżonej do Słowacji, zamieszkuje około półtora miliona ludzi, z których większość to Diola (na północy rządzonego przez Wolof Senegalu jest ich tylko 5%). Pomimo potencjalnych bogactw naturalnych - diamentów i boksytów - Senegal nigdy nie inwestował w tych okolicach, są to obszary rolne, ludzie utrzymują się z uprawy orzeszków ziemnych, bawełny, ryżu i oleju palmowego. Zanim MFDC nie chwyciło za broń, poważnym źródłem dochodu (głównie na wybrzeżu) była ekoturystyka.

Czwartego marca 1947 roku powstał istniejący do dnia dzisiejszego Ruch Demokratycznych Sił Casamance (Mouvement des Forces Démocratiques de la Casamance, w skrócie MFDC), który od razu ogłosił niepodległość. Przywódcy MFDC, jeszcze w tym samym roku zostali zamordowani. Nie wywołało to jeszcze otwartej wojny z Dakarem, bo nie istniał jeszcze ruch partyzancki, który miał powstać dopiero na początku lat 90-tych. Wierzono, że suwerenność da się osiągnąć drogą pokojową.

Nadzieje te żywiono na podstawie deklaracji pierwszego prezydenta Senegalu, Léopolda Sédara Senghora, który w 1960 roku obiecał całkowitą suwerenność Casamance, po 20-letnim okresie przejściowym. Dwadzieścia lat później, region na południe od Gambii nadal był administrowany przez Dakar a wszelkie manifestacje odrębności narodowej były tłumione siłą. Nawet centrum kulturalne w Ziguinchor było całkowicie zdominowane przez Senegalczyków z północy. Był to czas, w którym zbrojne ramię MFDC chwyciło za broń. Rok 1982 uznaje się za początek wojny domowej w Casamance.

Przez całe lata 80-te, korzystając z przychylności Gwinei Bissau, gdzie tworzono pierwsze bazy, partyzanci rekrutowali bojowników i organizowali broń. Dostawy karabinów, min i wyrzutni rakiet pochodziły głównie z Libii, Sierra Leone i Liberii, finansowane rzekomo przez dochody z plantacji i sprzedaży marihuany. Lata 90-te spełzły na bezowocnych rozmowach pokojowych i systematycznych potyczkach armii Senegalu ze zbrojną frakcją MFDC.

MFDC nie jest jednolitą bryłą. Pomijając kilka małych grup, które ponad Sprawę stawiają rabunek, separatyści skłaniają się ku jednej z dwóch dróg, które mają doprowadzić do celu. Pierwsza z nich, pod przywództwem księdza Augustyna Diamacounde Senghora, preferuje drogę negocjacji nad walką zbrojną, która jest z kolei jedyną metodą ku niepodległości, jaką widzi druga z grup. Na początku 1984 roku powstał radykalny odłam sił zbrojnych Casamance „Atika”, który pozbawiony iluzji dotychczasowych starań pokojowych, uznał walkę partyzancką za jedyną drogę ku suwerenności. Choć pomysłodawca i główny przywódca Atiki, Sidi Badji, zginął w 2003 roku dożywając 83 roku życia, jego następca, Salif Sadio, nie złożył broni.

Gdy więc 30 grudnia 2004 roku Senghor podpisywał porozumienie pokojowe, nie oznaczało to wcale końca konfliktu. Z buszu przy granicy z Gwineą Bissau nie wyszli bowiem radykalni bojownicy MFDC. Stało się tak również dlatego, że z biegiem lat akcent zmagań negocjacyjnych przesunął się z całkowitej niepodległości na autonomię i włączenie Casamańczyków w proces rządzenia Senegalem. Po ponad 20 latach izolacji argumentem w negocjacjach był most na rzece Gambii, przywrócenie połączenia promowego Ziguinchor z Dakarem oraz 67 miliardów CFA na rekonstrukcję i rozwój regionu. Bojownicy takiego kompromisu nie uznawali. Przed dalszą akcją zbrojną powstrzymywał ich jednak brak wsparcia lokalnej ludności, zmęczonej długoletnim konfliktem oraz utrata poparcia Gwinei Bissau, skąd ich wydalono po wygaśnięciu wojny domowej.

Ponowne walki wybuchły w sierpniu 2006 roku. Grupa dowodzona przez Salifa Sadio dotarła aż do granicy z Gambią. Tym razem celem nie były wojska Senegalu, lecz wewnętrzne sprawy MFDC. Dwie frakcje tej samej rzekomo organizacji toczą bój o kontrolę nad strategicznymi bazami na północy Casamance. „To jest sprawa między nami”, mówią, zapewniając lokalną ludność o bezpieczeństwie. Dakar tymczasem zaciera ręce.

Źródła: afrolNews, GlobalSecurity.org, IRINnews.org, ONZ, Ploughshares.

Gambia

Droga nr 1

Po ciemku, choć z latarką w ręku dotarłem do dworca autobusowego w Basse. Posłuchałem rad miejscowych - „idź tam wcześnie, jeszcze przed świtem” - mówili - „to na pewno zajmiesz dobre miejsce”. O szóstej nad ranem była jeszcze noc, widno zaczyna się robić koło siódmej.

Na placu stały zaparkowane autobusy, które widziałem jeszcze poprzedniego dnia. Po przyjeździe z Bandżulu oblewano je wtedy wiadrami wodą by zmyć grubą warstwę kurzu. Teraz, pogrążone w mroku wyglądały jak lśniące olbrzymy. Były zamknięte. Na ławeczce siedziało już kilku oczekujących. Ktoś zebrał w małą kupkę jakieś papiery i gałązki, rozpalił ogień. Czajniczek z herbatą czekał obok. Poranek był chłodny.

Gdy się rozwidniło, drzwi w jednym z autobusów się otworzyły, ukazując oczekującym zaspaną postać kierowcy. Zaraz za nim wyszli pozostali z obsługi autobusu. Zanim jednak pasażerowie mogli kupić bilety, trzeba było poczekać aż obsługa doprowadzi się do porządku i załatwi wszystkie niezrozumiałe dla mnie sprawy. Gdyby nie nasza obecność, na żywych dyskusjach mogliby spędzić pewnie resztę dnia. W końcu kupiłem bilet, pozostało tylko czekać, aż inni też to uczynią by zebrał się komplet.

Około dziewiątej, wydawało się, że komplet już jest. Ostatnie bilety znalazły nabywców, plastikowe miski i kubki po spożytych śniadaniach znalazły właścicieli (sposób identyfikacji i odzyskiwania wydanych naczyń to temat na odrębny wątek). Pojawił się tylko jeden problem. Nikt, żaden samochód nie mógł opuścić miasta. Prezydent ogłosił bowiem dzisiejszy dzień dniem sprzątania - każdy obywatel Gambii miał obowiązek zadbać o swoje obejście. Dekret egzekwowany był w ten sposób, że ustawieni na rogatkach miast policjanci nie przepuszczali nikogo (czytaj: nikogo, kogo nie było stać na łapówki). Opłata za przymknięcie oka na przejeżdżający autobus była zbyt duża a miast i miasteczek po drodze zbyt wiele. Kolejny raz sprawdziło się przysłowie: „W Afryce można wszystko, trzeba mieć tylko jedną z dwóch rzeczy: czas albo pieniądze”. Myśmy mieli czas.

Prezydencki nakaz obowiązywał do trzynastej. Pół dnia upłynęło zanim autobusem z Basse Santa Su wyruszyłem w drogę do stolicy, Bandżulu. Gdy wielka maszyna z trudem wykręciła spod stacji benzynowej, na rogatkach miasta zatrzymał nas patrol policji. Dość szczegółowa kontrola stanu technicznego pojazdu oraz tożsamości pasażerów trwała kwadrans z okładem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to zaledwie przedsmak tego, co nas czeka.

Na kolejną kontrolę policji natknęliśmy się po około godzinie jazdy. Trudno było określić, jaki pokonaliśmy do tej pory dystans. Asfaltowa droga poszatkowana była głębokimi wyrwami nie pozwalając rozwinąć jakiejkolwiek by się zdało prędkości. W pewnym momencie widziałem nawet jak nasz autobus wyprzedzał... motyl, notabene piękny tropikalny okaz. Gdybym był entomologiem byłaby to piękna wycieczka. Gdybym był.

Każdy przystanek był okazją do drobiazgowej kontroli sprawności świateł autobusu, sygnału dźwiękowego, wycieraczek, hamulców. Po maszynie, kolej przychodziła na pasażerów, z których każdy musiał się wylegitymować i powiedzieć dokąd i po co jedzie. Autobus duży a podróżnych wielu - łatwo znaleźć punkt zaczepienia, choćby nawet cień wątpliwości, by stwierdzić nieprawidłowość i w majestacie władzy grozić karą. Policjanci nie przepuszczali więc tak dobrej okazji dorobienia do państwowej pensji. Pechowcy wychodzili na zewnątrz, by w zaciszu policyjnej budki prowadzić dalsze negocjacje.

Łatwiej było z autobusem. Siedząc w pierwszym rzędzie dokładnie obserwowałem przeglądanie papierów, a gdy te były w porządku, następowały pytania dodatkowe: o liczbę pasażerów, o światła, o trójkąt ostrzegawczy. Ten ostatni zresztą, był przyczyną, dla której o wszystkim tym piszę. Sytuacje takie jak te zdarzają się bowiem w wielu miejscach, nie tylko w Afryce. Tym razem rozbawiła mnie scena, którą można streścić następującym dialogiem:

- A trójkąt ostrzegawczy jest? - z błyskiem w oku rzekł policjant.

- Tak - kierowca udając obojętność wyszperał z któregoś ze schowków pod przednią szybą zawiniątko, które już kilka razy dzisiaj pokazywał.

- A drugi?

- Po co mi drugi? Tylko jeden jest potrzebny.

- Potrzebne są dwa. Jak autobus się popsuje, jeden trzeba ustawić z tyłu a drugi z przodu - pouczył kierowcę policjant - To co, jest drugi trójkąt?

- Nie ma - kierowca stracił pewność.

- To nic. Dobrze się składa, bo akurat mam takie trójkąty na sprzedaż. To co, kupujemy, czy płacimy mandacik?

Na niespełna czterystukilometrowym odcinku drogi z Bandżulu do Serekundy byliśmy zatrzymywani dwadzieścia sześć razy (średnio co piętnaście kilometrów).

Gdzie są talerze?

W afrykańskiej rzeczywistości istnieje kilka kategorii restauracji. Z naszego, europejskiego punktu widzenia, nikt nie wpadłby być może na pomysł, że część z nich to są właściwie restauracje. Skoro u nas McDonald's posiada w nazwie słowo restauracja to czemu by nie mógłby go mieć również Restaurant Baghdad w Nawakszut. Angielskie przysłowie mówi, że nie sposób kogoś ocenić, zanim nie wejdzie się w jego buty (walking in somebody's shoes), tymczasem nie można tego uczynić zanim się nie zdejmie swoich.

Znaczenie słowa „restauracja” musi więc być szerokie. Prowadzony w stolicy Mauretanii przez Irakijczyków Baghdad to niewiele więcej niż sklep, w którym plastikowe talerze podaje się przez okopcone dymem wypiekanych tam chlebków okno a goście spoczywają na metalowych, oplecionych plastikową żyłką krzesłach, wprost na zakurzonej ulicy. Najbardziej jednak popularne, zwłaszcza w zielonej, subsaharyjskiej części kontynentu są przenośne bufety, serwujące dania wprost z garnków, na ulicy.

Miejsca te nie mają nazw, zamiast szyldu kuchnię firmuje kobieta lub nawet cała doglądająca interesu rodzina. Centralnym punktem takiego lokalu jest rząd aluminiowych garnków i mis, w których znajduje się pod przykryciem makaron, ryż i kilka rodzajów mięs do wyboru. Nie ma menu, trzeba wiedzieć co się chce albo po prostu pokazać palcem. Pod drewnianą ławą, na której wszystko to stoi jest umywalka, czyli wiadro z wodą do płukania zużytych naczyń. Wolę tam nie zaglądać. Nie wszędzie są sztućce, jakaś łyżka dla białego zawsze się jednak znajdzie, jak nie u siebie, to się pożyczy z sąsiedniej garkuchni. Tutaj, do jedzenia używa się rąk. Porcje serwowane są na plastikowych talerzach, w całej Afryce musi ich być miliony, jak nie miliardy. Drugie tyle jest pewnie plastikowych kubków i czajników (te ostatnie służą do mycia rąk po skończonym posiłku).

Przy ławie z garnkami jest trochę miejsca, gdzie można usiąść. Sporo klientów rozchodzi się jednak w różne strony z talerzami w rękach, by zjeść posiłek ze znajomymi i pozostawić je tam, gdzieś na ziemi. Obok miejsc gdzie zatrzymują się autobusy, na bazarach i w innych równie uczęszczanych miejscach są czasami tuziny podobnych miejsc z kobietami ze swoimi garnkami. Każdy talerz i szklaneczka na herbatę są w jakiś sposób oznaczone - nacięciem na brzegu, farbą na spodzie lub jeszcze inaczej - tak, by w końcu mogły trafić z powrotem do restauracji.

Gdzie są talerze? Trzeba poszukać.

Gwinea Bissau

Pokój na godziny

Podróżując tak jak miejscowi, lokalnymi środkami transportu, korzystając z najtańszych noclegów, nieuniknienie natrafi się na perspektywę spędzenia nocy w domu publicznym. Wyobrażenie takiego miejsca, gdzie pokoje wynajmuje się na godziny, może jednak mocno się różnić od rzeczywistości. Na pierwszy rzut oka miejsca te niczym się bowiem nie różnią od palety tanich hotelików, jakie można znaleźć na południe od Sahary.

Niekiedy o dodatkowej „funkcji” można się dowiedzieć z przewodników lub jest ona tak oczywista jak na przykład w Barze Mali w Mopti. Tam, by dojść do pokoju trzeba przecisnąć się przez wąski, ciemny korytarz, w którym na stołkach siedzą półnagie, tęgie kobiety. Gdyby nie oczywiste ich intencje, można by pomyśleć, że strzegą dostępu do ledwo oświetlonych czerwoną żarówką pokoików zaraz za ich plecami, z których emanuje intensywna woń tanich perfum.
Czasami jednak fakt ten odkrywamy sami, gdy po zmroku zauważamy, że w hotelu mieszka dziwnie dużo kobiet a z sąsiadujących pokoi słychać niedwuznaczne pojękiwania. W Cosy Guest House w Mombasie przez cienką ścianę z dykty chcąc nie chcąc wysłuchiwałem późnonocnych dialogów damsko-męskich.

Chez Jean, czyli po polsku „U Jana”, zdawał się być spokojnym, niemal wiejskim hotelikiem, gdzieś na obrzeżach bazaru w Bissau. Wracając doń w nocy, trzeba było uważać by nie zahaczyć głową o rozciągnięte w poprzek ścieżki bieliźniane sznurki. Cała okolica była pozbawiona elektryczności - z dobrodziejstwa prądu korzystali tylko właściciele generatorów, których warkot wypełniał ciemności. Idąc w nocy, trzeba było oświetlać latarką raz ścieżkę a raz powietrze na wysokości głowy. Miejscowi znając teren obywali się bez tego, jak nietoperze. Być może orientują się w terenie na podstawie odgłosów pracy generatorów. Podobnie jak w systemie GPS, gdzie precyzyjną informację o położeniu odczytuje się na podstawie sygnałów z trzech najbliższych satelitów. Tutaj chyba wystarczą trzy uruchomione generatory.

Chez Jean to nie tylko hotel. Idąc wąskim korytarzem do pokoi mija się kilka małych pomieszczeń, których umieszczone obok siebie drzwi mogłyby sugerować, że są to łazienki. Tak też zresztą myślałem, gdy pierwszy raz szukałem tutaj toalety. Każde z nich było wtedy puste a łazienkę znalazłem wtedy w zupełnie innym miejscu. Po zmroku zagadka się wyjaśniła. Idąc ciemnym, skąpo oświetlonym korytarzem, przez uchylone drzwi zauważyłem, że w środku ktoś jest. W kilku z mini-pokoi siedziały kobiety. Same. Widok przypominał pocztę z dawnych lat, z szeregiem telefonicznych kabin. Tutaj telefonów nie było.

Caracas-Bissau-Odessa

Gwinea Bissau jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. W rankingu Rozwoju Społecznego ONZ (Human Development Index) zajmuje piąte miejsce na dole tabeli, zaraz za Nigrem, Sierra Leone, Mali i Burkina Faso. Jest jednak jedna dziedzina, w której kraj ten znajduje się w czołówce. Przemyt narkotyków.

Archipelag Bijagos oraz poszarpana linia brzegowa Gwinei Bissau stanowi doskonałą bazę przerzutową narkotyków z Ameryki Łacińskiej do Europy. Nic dziwnego, lokalne służby bezpieczeństwa nie dysponują ani jedną łodzią patrolową do monitorowania dziurawej granicy a sprzęt do komunikacji radiowej można by umieścić w Muzeum Narodowym. Ryzyko wpadki jest niskie tym bardziej, że słabo opłacani urzędnicy państwowi łatwo dają się zastraszyć lub przekupić narkodolarami. Dwóch Kolumbijczyków złapanych podczas próby przemytu 674kg kokainy we wrześniu 2006 roku zostało uwolnionych bez podania przyczyny miesiąc po ich schwytaniu. Zapewne z braku dowodów. Kokainę skonfiskował rząd, chowając ją przed obserwatorami jak Saddam środki masowego rażenia. Narkotyk jest rzekomo przetrzymywany w bezpiecznym miejscu gdzieś w Ministerstwie Finansów.

W Bissau, w kafejce internetowej spotkałem Ukraińca. Rozpoznałem go po języku, w jakim porozumiewał się ze swoim latynosko wyglądającym kolegą, jak się okazało Białorusinem. Był to typ krępego mięśniaka bez szyi. Zagadnąłem go rosyjskim zdrastwujtie, po czym wymieniliśmy parę zdań. Byliśmy niemal ziomkami, koledzy często przejeżdżali przez Białystok. Gdy powiedziałem, że jestem turystą, Ukrainiec kiwał głową z niedowierzaniem. Nazajutrz, w tym samym miejscu natknęliśmy się na siebie ponownie. Ukrainiec podszedł do mnie i nachylając się lekko powiedział cicho:

- Jaki tam z ciebie turysta. Po co tu przyjeżdżać? Ty prijechał ili pa seks ili pa narkatiki.

Gwinea

Sklep

Mali to coś pomiędzy większą wsią i małym miasteczkiem. Być może z powodu miejskich aspiracji a być może w celu odróżnienia od państwa Mali, miasteczko nazywane jest również Mali-ville. Tak czy siak, oprócz bazaru, poczty i wieży ciśnień, w Mali jest sklep.

Wstąpiłem do środka w poszukiwaniu coli. Pomimo niechęci do kraju producenta, Coca-Cola jest czymś, co w upalne dni zaspokaja pragnienie jak nic innego. Może to chemia, nie wiem, efekt jest jednak taki, że nie potrafię lub nie chcę się jej oprzeć.

Wróćmy jednak do Mali-ville. W klepie cola oczywiście była. Mało jest miejsc na świecie, gdzie jej nie ma. Poza miejscami, gdzie amerykańskie produkty nie pasują do ideologii jest to podstawowy produkt, jak ryż, sardynki w puszce, świece czy baterie. Coca-Colę produkują nawet w Mogadiszu.
W sklepie, do którego wstąpiłem sprzedawca otworzył małą butelkę:

- Zobacz, mam jeszcze konserwy, margarynę i mydło.

Wielki Meczet

Każde miasto ma Wielki Meczet. Każde miasto, w którym mieszka choć trochę muzułmanów. Meczet nie jest świątynią w sensie naszych kościołów, w których wierni modlą się co niedziela. Wyznawcy Islamu nie potrzebują meczetu by się gromadzić, przeciętny meczet to mały budynek, którego jedyny znamienny wyróżnik to minaret z przyczepionym megafonem (nawoływanie do modłów bez użycia wzmacniacza to dzisiaj wielka rzadkość). W Sudanie widziałem minarety zbudowane z kilku postawionych jedna na drugiej beczek.
Wyjątkiem są meczety okazałe, ufundowane najczęściej przez wielmożów świata Islamu, szejków, saudyjskich książąt czy też prezydentów. Najpiękniejszy i największy meczet w mieście nazywany jest meczetem piątkowym, gdyż to właśnie w nim odbywają się najważniejsze religijne obrzędy a imamowie zaszczepiają wiernym islamskie widzenie świata. Meczet piątkowy to meczet wielki.

Na dziedzińcu wielkiego meczetu nie było dużo ludzi, przed bramą koczowało kilku żebraków wyciągając ręce po jałmużnę. Był to zwykły dzień, meczet żył na „pół gwizdka”. Przed wejściem do środka zapytałem, czy mogę to zrobić. Ktoś uprzejmie odmówił, mogłem tylko zajrzeć przez szerokie wrota do środka. Zdobne wnętrza meczetów należą do wyjątków, tutaj ujrzałem standardowy las kolumn wyrosły z wyścielonej dywanami podłogi. Nie mogąc wejść do środka przeszedłem na tył budowli, gdzie spocząłem w cieniu drzewa na kamieniu. W Conakry był gorący, słoneczny dzień bez śladu chmury na niebie. Zrobiłem zdjęcie.

Wielki Meczet w ConakrySto metrów ode mnie poderwała się jedna postać zmierzając z uniesionymi rękoma w moim kierunku. Szybka seria pytań. Jesteś muzułmaninem? Zrobiłeś zdjęcie? Masz pozwolenie? Tylko jedna odpowiedź była na „tak” i to w niezbyt fortunnej konfiguracji. Wkrótce przybyło jeszcze trzech jegomościów ale tylko ten jeden, z wyłupiastymi oczyma, tylko on się odzywał. Pozostali stali w pogotowiu. Oddawaj aparat - usłyszałem.

Oszacowałem odległość do bramy i ulicy. Jakieś dwieście metrów. Myśl o ucieczce porzuciłem jednak szybko - moi nowi przyjaciele nie wyglądali na ułomków. Poza tym pomiędzy nami a bramą kręciło się jeszcze parę osób, kto wie jak by zareagowali na widok uciekającego przed ich ziomkami turysty. Pozostało tylko wierzyć, że chodzi im tylko o pieniądze.

Usiedliśmy pod drzewem. Aparat, pomimo kilku prób jego odebrania nadal pozostawał moją własnością. Wiedziałem, że oddając go stawka w tej grze będzie dużo wyższa. Tymczasem próbowałem pozyskać sojuszników, częstując wszystkich papierosami. Sam nie palę, paczka Marlboro w plecaku czekała na takie właśnie okazje. Aż do tej pory. Każdy wziął trzy, cztery sztuki.

W cieniu spędziliśmy niemal godzinę. Usłyszałem wiele słów na temat mojego złego uczynku, jakim było jakoby złamanie lokalnego prawa, naruszenie prywatności świątyni. Usłyszałem, że mogą mnie wydać policji. Pewnie to był blef, ale w tych okolicznościach, w Gwinei, na karku miałbym pewnie oprócz kolegów spod meczetu również żądnych pieniędzy policjantów. Czas mijał, czekałem aż padnie zachęta wpłacenia okupu, ale nic takiego nie usłyszałem. W końcu sam zaproponowałem wpłatę „datku” na rzecz meczetu.

Początkowo mój rozmówca zaperzył się, udając że nie o to chodzi. Żadne pieniądze nie wchodziły w rachubę. Co innego aparat, ten jednak twardo spoczywał w torbie i nie zamierzałem go oddać. To była jednak tylko gra i po pewnym czasie śmiertelnie poważny wyłupiastooki zaproponował kwotę. John Irving w „Świecie Według Garpa” napisał, że wystarczy tylko robić wrażenie poważnego, żeby nim być. Pięćdziesiąt euro. To kupa forsy, nawet na polskie warunki mandat w takim wymiarze byłby wysoki.

Po kwadransie byłem wolny, czym prędzej oddalając się od strzelistych minaretów. Z tego zdarzenia pozostały już tylko złe wspomnienia, które z biegiem czasu stają się śmieszne. Biała, muzułmańska czapeczka „Made in China”, kupiona uprzednio przed wejściem oraz zdjęcie. Zdjęcie, które kosztowało dziesięć euro.

Sierra Leone

Z notatnika

Prysznic jest jedną z przyjemniejszych pór dnia.” Freetown, 8 grudnia 2005.

Gorączka złota


- Spójrz tam, w lewo. Widzisz te światła? To pałac prezydenta.

Staliśmy z Josephem na tarasie hotelu. W Freetown było już grubo po dziesiątej wieczór. Miasto leży na kilku wzgórzach, opartych z jednej strony o zatokę oceanu. Z miejsca gdzie teraz się znajdowaliśmy, za dnia widać jak na dłoni kawał miasta, w tym prezydencki pałac. W nocy, kształty wzgórz odwzorowywały szeregi nieregularnych światełek. Blask pałacu odznaczał się na tym tle wyraźnie. Również dlatego, że większość otaczających go migoczących punktów generowały słabe, spalinowe generatory, których warkot w nocy jest głośniejszy od cykania i innych odgłosów tropikalnego robactwa.

- To szczur - kontynuował Joseph - szczur i złodziej. Mamy drewno, diamenty a on tylko napycha swoje kieszenie.

Faktycznie, Sierra Leone jest bogate w te surowce a tymczasem kraj znajduje się na szarym końcu w rankingu dochodów na głowę mieszkańca. W Afryce to dzisiaj normalne.

Diamenty wydobywa się w północno-wschodniej części kraju, w okolicach Kenemy. Miasto jest stolicą diamentowego zagłębia, przyjeżdżając tutaj wkracza się w świat przypominający nieco atmosferą miasteczka dzikiego zachodu za czasów gorączki złota. Zamiast złota, tu są jednak diamenty.

Diamentowy przemysł wydaje się opanowany przez Libańczyków, choć niektórzy przebąkują też o przyjeżdżających od czasu do czasu Rosjanach. Przed zamachami w Nowym Jorku z 11-go września, widziano również Arabów. Wzdłuż głównej ulicy Kenemy są tuziny, jeśli nie dziesiątki, prowadzonych przez Libańczyków interesów. Wyróżnia je jedno - szyldy typy "We Buy Diamonds Here" (skup diamentów). Stąd, większość legalnych diamentów sprzedawana jest kupcom w belgijskiej Antwerpii. Ile diamentów przemycanych jest nielegalnie, bez kontroli i podatków tego nie wie nikt. Faktem jest, że po wprowadzeniu certyfikacji, mającej ukrócić ten proceder oficjalne wydobycie znacznie zmalało.

Samo kopanie cennego minerału jest łatwe, gdyż złoża, typu aluwialnego, położone są płytko, tuż pod ziemią. Wystarczy wyrąbać kawałek lasu, odsłonić glebę, kupić sito i już można zacząć myśleć o Eldorado. Czasami przydaje się też spalinowa pompa, odprowadzająca wodę z wykopu. Wydobyciem diamentów trudnią się głównie mieszkańcy okolicznych wiosek, szukający przygód i łatwych pieniędzy. Znaleziony diament szybko ląduje na szalkowej wadze libańskiego pośrednika a zarobione pieniądze wydawane są na alkohol i kobiety. W weekendy, gdy wszyscy robią sobie wolne, tanie hotele, knajpy i tancbudy w mieście są pełne.

Sierra Leone - KenemaSiedząc przy piwie w jednym z hoteli spotkałem „biznesmena” - bardzo ważną osobę, jak sam o sobie mówił. Twierdził, że w Kenama może wiele. Ledwo dostrzegałem jego twarz, choć siedzieliśmy przy jednym stoliku. Światło było jednak zgaszone, gdyż trochę dalej kilka osób oglądało kiepska kopię VHS jednego z odcinków Rambo. Oglądałem ten film z nimi, dopóki nie zagadnął mnie „biznesmen”. Obok niego milcząco siedziała jego żona, którą przedstawił mi na początku. Jej sylwetka również ginęła w mroku.
Gdy skończyły się piwa i tematy poprosiłem o zdjęcie. Nie to, bym kolekcjonował twarze ludzi, z którymi piłem piwo, ale byłem po prostu ciekaw, jak ten człowiek wygląda, a to było możliwe dopiero po błyśnięciu fleszem. Za miesiąc, w Polsce zobaczyłbym go dopiero na slajdzie. Jego reakcja była entuzjastyczna:

- Kochanie - skierował te słowa do siedzącej obok żony, objęciem przysuwając ją bliżej ku sobie - będziemy w Europe! Nasze zdjęcie będzie w Europie!

Liberia

Ostatni czekpoint

Drogę do Monrovi przecina kilka punktów kontrolnych ONZ, nie są to szlabany ze sznurka, które najczęściej pełnią ich funkcje w Afryce, lecz prawdziwe barykady. Posterunki UNMIL (United Nations Mission In Liberia) wzniesione są z wypełnionych piaskiem worków, zagradzając drogę w ten sposób, że chcąc przejechać na drugą stronę trzeba powoli przejechać wąskim przesmykiem w kształcie zygzaka.

- Najgorsi byli Nigeryjczycy - usłyszałem od siedzącej obok kobiety. Jechaliśmy razem z Kenemy w Sierra Leone do Monrovi. Była Etiopką, wyszła za mąż za Liberyjczyka, który poznał ją podczas konferencji w Addis. Ilekroć, gdy tak jak teraz wracała z wizyty u rodziców, musiała pokonać busz-taxi trasę z Conakry przez Freetown do Monrovi. Bezpośrednich połączeń z Addis nie było - Nigeryjczyków teraz już nie ma - kontynuowała - pojechali. Ci nie mieli litości, za przejazd samochodu żądali czasem kilkuset dolarów!

Teraz, posterunki są obsadzone żołnierzami południowoafrykańskimi bądź pakistańskimi. Przejazd na drugą stronę był prosty. Samochód musi się zatrzymać, pobieżne sprawdzenie tożsamości pasażerów oraz kontrola zawartości wypchanego torbami bagażnika. Po usunięciu przerzuconej przez drogę kolczatki jazda dalej. Gorzej jest na granicach i rogatkach większych miast, tutaj błękitne hełmy zastępują już miejscowi urzędnicy.

- To hieny, nie dwaj im nic, pod żadnym pozorem - usłyszałem od Etiopki zanim jeszcze dojechaliśmy do granicy - traktują człowieka jak przestępcę, złodzieja, podczas, gdy to oni są złodziejami a powinni nam pomagać. To hieny - powtórzyła.

Zgodnie z zapowiedziami, urzędnik na granicy wymienił kwotę, jaką chciałby od każdego przejeżdżającego otrzymać. Metoda znana z innych części Afryki - nie odda paszportów, zanim nie dostanie w zamian pieniędzy. Kobiety, bo głównie one ze mną jechały, wszczęły dyskusję, rozmawiały wcześniej o tym w samochodzie, by solidarnie nie płacić.

- Nic im nie dawaj - jeszcze raz cicho powiedziała do mnie Etiopka.

Tak też uczyniłem, ale urzędnik postawił na swoim. Choć Etiopka twierdziła inaczej, byłem pewien, że zapłaciła również za mnie - widziałem jak chyłkiem, tak bym tego nie zauważył, przekazała z ręki do ręki mały zwitek banknotów.

Dalej, aż do samej Monrovi szło już gładko. Do rogatek miasta dojechaliśmy po zmroku, tutaj znajduje się ostatni czekpoint. Pierwszy zarazem od granicy, obsadzony przez miejscowe służby bezpieczeństwa. Trudno powiedzieć, kto to naprawdę był, gdyż wszyscy byli w cywilnych ubraniach. Gdy jeden z nich zobaczył, że wśród pasażerów busz-taxi jest biały, wyraźnie się ożywił. Kazał rozpakować plecak, szczegółowo badając co mam w środku. Przedtem jednak zapytał czy ma to robić, czy wolę zapłacić od razu, bez kontroli. Ponieważ w plecaku nie znalazł nic ciekawego zostałem zaproszony do „szefa” na rozmowę. „Szef” urzędował w prowizorycznej budzie przy drodze, za drewnianym biurkiem, na którym nie było żadnego sprzętu, nawet długopisu. W środku lamentowało już kilku znajomych z taksówki, jak zrozumiałem, zarzucono im brak posiadania ważnego dokumentu podróży. Człowiek, który sprawdzał bagaż przyniósł dwie puszki piwa, wręczając jedną swojemu przełożonemu. Tan natychmiast ją otworzył, jego błyszczące, przekrwione oczy zdradzały, że nie było to pierwsze piwo tego wieczoru. W ręku trzymał mój paszport.

- Wiza jest nieważna - usłyszałem.

- Dlaczego?

- Powinieneś ją wyrobić w Freetown, ta jest z Conakry. Nieważna - elementem tej gry, tak jak chyba i gdzie indziej na świecie w takich sytuacjach, jest śmiertelnie poważna mina wymuszającego haracz. Tutaj, w połączeniu z przekrwionymi, pijackimi oczyma urzędnika wyglądało to komicznie. W komedii tej grali jednak uzbrojeni aktorzy.

- Ważna - odparłem - poza tym, w Freetown nie ma ambasadora, zmarł niedawno.

- Nieważna, musisz zapłacić za wjazd do miasta. Twoja wiza jest nieważna - powtórzył, popijając w międzyczasie z puszki.

- Dziwne, ambasador w Conakry twierdził, że posiadając wizę nie muszę nikomu więcej płacić. Ktoś tu nie ma racji, alby ambasador albo ty.

- Ambasador jest tam, ja jestem tu. Twoja wiza jest nieważna - zamachnął się trzymanym w ręku paszportem - jak chcesz jechać dalej musisz zapłacić.

- Mogę zapłacić - do głowy wpadł mi pewien pomysł - ale porozmawiam z ambasadorem, bo on mówił co innego. George to mój przyjaciel, zadzwonię do niego - faktycznie gdzieś zapisany miałem jego numer, który dał mi z nadzieją, że może zaproszę go kiedyś do Polski.

Nie sięgnąłem jednak po telefon. Polski aparat nie miał w Liberii zasięgu. Poza tym, słowa „przyjaciel” użyłem na wyrost. Zamiast tego odsunąłem się o krok do tyłu czekając na rozwój wydarzeń.
Mój adwersarz nie zareagował, wypełniając chwilę milczenia długim łykiem piwa. Pauzę wykorzystał do zmiany tematu na problem z tożsamością jednej z kobiet. Tutaj sprawa wyglądała podobnie jak u mnie, brak odpowiedniego dokumentu (w tej sytuacji żaden dokument nie był odpowiedni) trzeba było okupić dodatkową, słono płatną pieczątką. Kilka minut później zauważyłem, że mój paszport nie jest już w jego ręku razem z innymi, lecz leży na stole, trochę z boku. Niby szukając oddechu od parnego wnętrza, bez słowa, powoli wyszedłem dyskretnie zabierając ze stołu paszport. Podpity urzędnik udał, że tego nie zauważył. Mogłem jechać dalej.

Congos, Americos i Liberia

Lotnisko Roberts International dzieli od Monrowi szmat drogi. Wyjeżdżając z miasta szybko opuszcza się zamieszkałe dzielnice, tak jakby Monrowia pozbawiona była rozległych, ciągnących się kilometrami przedmieść, charakterystycznych dla innych afrykańskich stolic. Tutaj jest zieleń. Zieleń i las, pośród którego wije się opustoszała droga. Pośród tej scenerii stary, żółty Nissan - taksówka, którą jadę.

Historia nie jest obiektywna, zależy od tego, kto ją pisze, z której strony się spogląda na fakty z przeszłości, z zewnątrz czy ze środka, w końcu też i od tego, kto o nią pyta i co chce usłyszeć. Ulice Monrowi pełne są ex-rebeliantów, gotowych za piwo opowiedzieć swoją wersję prawdy o konflikcie w Liberii. Swoją wykładnię historii przedstawił również kierowca taksówki, zapytany o niedawne wybory prezydenckie (wygrała je pierwsza w Afryce kobieta prezydent - Ellen Johnson-Sirleaf, jej główny rywal uznał wybory za sfałszowane, przez co w mieście doszło wczoraj do strzelaniny). Taksówkarz był rozgoryczony - popierał Charlsa Taylora, który nie dość, że w wyborach w ogóle nie uczestniczył, to jeszcze oskarżany o zbrodnie wojenne musiał ukrywać się poza granicami Liberii.

- Chłopcy z buszu jeszcze nie wyszli - twierdził - choć Taylor to Congo, jest on jednym z nas. To on dał nam nadzieję.

Historia Liberii jest krótka. Gdy w Stanach Zjednoczonych Ameryki skończyła się epoka niewolnictwa, Amerykańskie Towarzystwo Kolonizacyjne utworzyło na zachodnim wybrzeżu Afryki kolonię, gdzie odesłano byłych niewolników. Dzisiaj ich potomków określa się mianem „Americos”. W kolonii, którą nazwano „Liberia” osadzano również tych, których w tym czasie amerykańskie okręty przechwytywały w drodze z Afryki do pracy niewolniczej na plantacjach Ameryki Południowej i Karaibów - ich potomkowie nazywani są w Liberii „Congos”.

Americos, wyzwoleni niewolnicy, zaraz po przybyciu uzależnili od siebie ludność miejscową, traktując ich jak... swoich niewolników. Potomkowie Afro-Amerykanów utrzymali się przy władzy aż do 1980 roku, twardą ręką kontrolując ludność tubylczą, od lat zamieszkującą te ziemie. 12 kwietnia 1980 roku wojskowi pod dowództwem Samuela Doe przeprowadzili zamach stanu. Ostatni prezydent-Americo, William Tolbert został zamordowany. Jego ministrowie jak i najbliższa rodzina rozstrzelani na plażach Monrowi. Doe wkrótce ogłosił się prezydentem, pierwszym w historii Liberii, który reprezentował lokalną ludność.

Nie koniec to kłopotów. Samuel Doe okazał się być krwawym dyktatorem, faworyzującym mniejszość etniczną Krahn. Przy władzy utrzymywał się pośrednio dzięki wsparciu USA, które w czasach zimnej wojny uważały Liberię za bastion antykomunizmu w Afryce (stąd była wysyłania broń do Angoli i Mozambiku, tutaj stacjonowały wycelowane w Libię instalacje szpiegowskie). Lata osiemdziesiąte to sfałszowane przez Doe wybory, próby zamachów stanu i represje wobec ludów Gio. Z chaosu, w 1989 roku wyłonił się Charles Taylor - wspierany przez Libię, Wybrzeże Kości Słoniowej (prezydent Felix Houphouet-Boigny zezwolił Taylorowi na organizowanie baz na terenie swojego kraju, gdyż Doe zamordował jego zięcia), Burkinę Faso (również porachunki rodzinne) oraz grupy etniczne Gio i Mano szybko opanował większość terytorium Liberii. W ogólnej zawierusze, w 1997 roku Taylor został prezydentem.

An-24 nad LiberiąDwa lata później, w reakcji na brutalne, autokratyczne rządy Taylora wybuchł kolejny bunt. Rebelianci podeszli pod Monrowię a Taylor ewakuował się do Nigerii, gdzie prezydent Obasanjo udzielił mu schronienia. Do akcji wkroczył UNMIL (United Nations Mission In Liberia), stabilizując kraj na tyle, by w 2005 roku przeprowadzić wybory prezydenckie, wygrane przez panią Ellen Johnson.

- Ellen? To Americo - kontynuował taksówkarz - Ona jest jedną z nich. Marionetka Ameryki. Poza tym, dlaczego ocalała w 1980 roku? (w administracji prezydenta Tolberta, Sirleaf-Johnson była ministrem finansów - przyp.: J.T.).

Tymczasem dojechaliśmy do lotniska. Niewielki budynek wyglądał trochę jak warownia - w rogach dachu, zza worków z piaskiem sterczały lufy karabinów i białe hełmy żołnierzy ONZ. Przede mną niespełna dwugodzinny lot Antonowem do Abidżanu.

Ghana

Hey Mister!

Daktyl. Tak nazywa się jeden z podrzędnych hoteli Akry. W Date Hotel zatrzymują się turyści plecakowicze, przygodne pary, przyjeżdżający do stolicy w interesach prowincjusze. Nigdy nie wiadomo, kogo tu się spotka. Zatrzymałem się tutaj już trzeci raz i za każdym razem było inaczej. Ale czy nie jest tak w innych hotelach? Hotel bez gości jest tylko martwym budynkiem.

Popołudniami Date ożywał. Za dnia jest zresztą zbyt gorąco, by wymagać od siebie i innych aktywności. Co innego po południu. Pod wielkie, dające cień drzewo po pracy przychodzili miejscowi urzędnicy w garniturach, by urabiając ręce po nadgarstki zjeść codzienna porcję fufu z sosem. Im dalej w wieczór, tym mniej pracy miały kucharki a więcej barman. Pod drzewem, zwłaszcza w weekendy, siadywało się do późna w nocy.

Jednej z nich, będąc już w pokoju usłyszałem na korytarzu jakieś ruchy. Było już po północy a część hotelu, w której miałem pokój jest dosyć cicha, więc zwróciłem na to uwagę. Ktoś chodził od drzwi do drzwi, za każdym razem pukając do środka. Niewyraźna wymiana zdań i dalej, do następnych drzwi. Szedł w stronę mojego pokoju, wkrótce usłyszałem pośpieszne pukanie. Otworzywszy ujrzałem faceta w slipach. Z błaganiem w oczach zapytał półszeptem:

- Hey Mister, do you have a condom?

Wstęp
Informacje
© Janusz Tichoniuk 2001-2024